Coaching/ Linkinbio

Jak przeżyć żałobę?

30 września 2013 roku wysłałam tę wiadomość: „Dzisiaj umarłeś o 8:29. Co za pustka. Kocham Cię. Brak słów. To się nie mieści w sercu.” Po chwili dopisałam: „Stanę na nogi. Jeszcze nie mam na to recepty. Ale stanę.”

W życiu są zawsze dwa wybory: albo iść dalej, albo się poddać. Od zawsze wybierałam, że trzeba iść dalej. Tak było i tym razem. Od samego początku wiedziałam, że muszę żyć, choć nie miałam pojęcia jak to zrobić… Uczyłam się wszystkiego na nowo: siebie, samotności, budżetu, walki z ZUS, organizacji dnia, organizacji pracy, organizacji siebie.

Sporo rzeczy już nie pamietam. Ciężko zebrać mi to w całość, ale spróbuję od samego początku. Opiszę swoje trudności i jak je pokonywałam.

To wszystko spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Kacper miał dwa lata, David miał 7 lat, ja miałam zaledwie 33 lata, niecałe 18 miesięcy wcześniej straciłam Mamę. Jacek pojechał do pracy, ale czułam, że widzimy się ostatni raz. Bardzo ciężko było mi się z nim rozstać. Zresztą mieliśmy bardzo dobry czas. Płakałam przed jego wyjazdem. Coś podświadomie czułam. Pamiętam jak stałam w oknie i wiedziałam już wtedy, że widzę go ostatni raz.

Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy 19 września 2013 roku dostałam telefon, że Jacek miał wypadek, że jest w szpitalu w Szwecji. Niewiele myśląc zarezerwowałam prom i razem z moim Wujkiem i ze starszym synem Davidem pojechaliśmy do tego szpitala. Wtedy jeszcze miałam przekonanie w sobie, że przecież życie mi tego nie zrobi, ze wszystko będzie dobrze.

11 dni w Szwecji nauczyło mnie pokory do życia. Każdy telefon był jak wyrok czy mój mąż już się obudził, czy będzie żyć? Szybko jednak, mimo tego, że Jacek obudził się, to jego obrażenia były tak wielkie i mózg jest tak uszkodzony, że nie będzie żył. Najgorsze w tym jest to, że tak naprawdę nie mogliśmy się pożegnać. Bo z kim? Jacek nas nie widział, nie słyszał, nie rozpoznawał. Z perspektywy czasu wiem jednak coś więcej, że złość, którą do niego przez tyle lat nosiłam wyniknęła jeszcze z tego, że nie miałam możliwości powiedzenia mu, że nie do końca był moim mężem na 100%. W tym momencie właśnie zastanawiam się czy dobrze, że to piszę, ale skoro mam być prawdziwa i uczciwa, to tak właśnie było. Moje życie z Jackiem nie było usłane różami, za dużo rzeczy i krzywd mu wybaczałam. Jednak ten nasz ostatni czas był czasem bardzo dobrym. I bardzo dobrze, że tak właśnie było, bo było mi łatwiej przejść przez żałobę.

Ja naprawdę nie wiedziałam jak mam żyć. Wiedziałam, że są dzieci, że dla nich muszę być silna, sama ich przecież uczę, że „Latuszki się nie poddają”. Naprawdę nie wiedziałam jak mam to wszystko poskładać.

To na co sobie pozwoliłam, to pozwoliłam sobie na wszystko co się ze mną działo. Na płacz, na łzy, na śmiech, na złość, na szczęście. To nie było tak, że byłam tylko nieszczęśliwa. Były momenty w moim smutku, kiedy się śmiałam, bo byłam szczęśliwa. Miałam sporo dylematów moralnych co mi wypada, a co nie. Czułam się oceniana na każdym kroku. Oceniano mój sposób przeżywania żałoby. Nawet ostatnimi czasy usłyszałam od męża swojej byłej przyjaciółki, że jestem człowiekiem bez wartości, bo zamiast przeżywać żałobę, to poszłam z nią do lokalu. Powiem Wam, że wtedy i teraz mam to serdecznie gdzieś. Uważam jednak, że to jest najwieksza krzywda jaką można człowiekowi zrobić w takiej chwili mówiąc mu jak ma żyć, jak ma przeżywać żałobę.

Pamiętam jeden z trudniejszych momentów. Z Jackiem ustaliliśmy sobie jeszcze za życia jak chcemy, by nasz pogrzeb wyglądał, kto ma na nim być. Jacek powiedział, że chce, byśmy byli tylko ja i dzieci. Bardzo starałam się, by ten pogrzeb wyglądał dokładnie tak, by był w świeckiej tradycji i tylko z nami. Nie do końca mi się to udało. Musiałam także odbierać ataki ze strony Rodziny mojego męża, która nie rozumiała i martwiła się o to co powiedzą ludziom, bo i takie komentarze słyszałam. Od tego czasu minęło już 7 lat. Rozumiem drugą stronę, szanuję dlaczego chciała inny rodzaj pogrzebu, jednak ja wiedziałam, że pogrzeb mojego męża musi być taki jakiego on by sobie życzył, a nie inni. Od tego czasu także nie mamy kontaktu z Rodziną Jacka. Moim dzieciom mówię, że „zajmujemy się tymi, którzy nas kochają”. Ciężko jest wytłumaczyć dzieciom dlaczego drugi dziadek się do nich nie odezwał ani razu, dlaczego brat mojego męża nie skontaktował się z dziećmi Jacka, dlaczego. Sporo mam dlaczego. Jednak już wcześniej podjęłam decyzję, że dla własnego spokoju wewnętrznego nie przyjmuję już żadnych informacji, nie chcę rozgrzebywać starych ran, nie chcę także, by moim dzieciom te rany rozgrzebywano. Nie szukam kontaktu i nie chcę by ze mną takiego kontaktu szukano. Zajmuję się tymi, którzy kochają mnie i moje dzieci.

Wiedziałam, że nie mogę siedzieć w domu. Dom mnie przerażał. Całe dnie przesiadywałam w kawiarniach i patrzyłam na ludzi, pisałam wiadomości do Jacka, to dawało mi ukojenie. Dzieci były w żłobku i w szkole. Nie chciałam by siedziały w domu, zresztą co 2-latek wie o śmierci, przecież maluszek nic nie rozumiał. 7-latek David już wszystko rozumiał. Do tej pory cierpi, ale wydaje mi się, że inaczej niż Kacper. Choć porównywanie cierpień jest krzywdzące. I jeden, i drugi cierpią. Tęsknią. Dzieci potrzebują dwójki rodziców. Koniec. Kropka. To był czas przeokropnej samotności, bólu, niezrozumienia, pustki. Te emocje i ten żal rozrywały moje serce. Nie wiedziałam czy to się kiedyś skończy. Ból psychiczny był nie do zniesienia. Z czasem wszystko się zmieniało. Emocje się zmieniały, uczucia także.

Moja potrzeba miłości była tak wielka, że szybko wdałam się w przelotne romanse. Na pewno nie szukałam stałego związku z dobrym człowiekiem, który pokochałby mnie taką jaką jestem. Teraz to wiem. Z perspektywy czasu widzę, że odrzucałam wszystkich dobrych mężczyzn w swoim życiu. Wdałam się w toksyczny związek, który trwał aż 3,5 roku. Wydawało mi się, że wreszcie mój los się odmieni, że jest koło mnie wspaniały człowiek. Tak jednak nie było. Popełniłam klasyczny błąd, że wolałam zmieniać swoje dziecko niż zmienić partnera. Mój starszy syn nienawidził mojego partnera, a mój partner nie był mu dłużny. Nie będę tego związku komentować, choć na własnej skórze poczułam narcystyczne zachowania, które zmieniły mnie w zakompleksioną dziewczynę, jeszcze bardziej pogubioną w życiu. Byłam nieszczęśliwa. Oczywiście wiem to teraz, wtedy robiłam wszystko, by ratować związek.

Dopiero teraz, po 7 latach widzę, że odnalazłam siebie, że jest koło mnie mężczyzna, który kocha mnie taką jaką jestem. Moje dzieci w pełni akceptują mojego partnera. Jest tak, jak powinno być. Ale ta nauka zajęła mi 5,5 roku. By być tu gdzie jestem teraz. Jeśli ktoś mi powie, że nie mamy wpływu na swoje życie, to gówno prawda. To, że jestem teraz w tym miejscu, w którym jestem, to tylko i wyłącznie dzięki mojej pracy nad sobą. Ja wreszcie zrozumiałam co mam robić i czego nie robić, by być szczęśliwą. I zaczęłam to robić. Zaczęłam być szczęśliwa. Wychodziłam wielokrotnie ze swojej strefy komfortu, zmieniłam swoje życie, bo przekreśliłem schematy, które wcześniej realizowałam. A przede wszystkim przestałam szukać miłości za wszelką cenę. Jedyną miłość, którą zaczęłam pielęgnować, to była miłość do samej siebie i do moich dzieci. I z tą miłością wiedziałam już co robić. Wtedy właśnie pojawił się mój partner.

Dookoła mnie w trudnym czasie żałoby było dużo miłości. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego ilu ludzi chciało mi pomóc. Dziękuję mojej Rodzinie, Tacie, Siostrze, Cioci i Wujkowi. Stawiali mnie i moje Dzieci na nogi każdego dnia. Nie potrafię wymienić jednej rzeczy, za którą jestem im wdzięczna. Tego jest naprawdę dużo. Każdego dnia zresztą są dla mnie. Dziękuję Uli, która przyjechała do mnie do Szwecji i wspierała każdego dnia. Dziękuję pani psycholog Katarzynie Ziółkowskiej, która wspierała mnie telefonicznie w czasie mojego pobytu w Szwecji, a także po powrocie do Szczecina objęła nas opieką. To ona właśnie wytłumaczyła mi proces żałoby i pomogła poukładać sprawy. Dziękuję Rodzicom z klasy Davida, którzy okazali się wsparciem i finansowym, i przyjacielskim. Dziękuję Oli, która była ze mną. Dziękuję pani Oli z Hospicjum św. Jana Ewangelisty, która wspiera mnie do tej pory psychologicznie, a dzieciom organizuje wakacje i święta. Dziękuję Asi, która dzień przed pogrzebem siedziała w moim domu i trzymała mnie za rękę. Dziękuję Tasuli, która w tych trudnych chwilach okazała się wielkim wsparciem. Dziękuję także swojemu pracodawcy Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu, a przede wszystkim pani Rektor, która wtedy siedziała ze mną w swoim gabinecie i płakała razem ze mną. Jej pomoc okazała się nieoceniona i pomogła przetrwać mi rok mojej żałoby. Dziękuję także Monice i Robertowi, którzy w październiku 2013 zabrali nas nad morze, byśmy odpoczęli. Jestem przepełniona wdzięcznością i miłością do tych osób. Mimo, że los mnie z niektórymi rozdzielił, to jestem bardzo wdzięczna za to, co te osoby dla mnie zrobiły.

Dziś jestem już inną osobą. To tyle co mogę o sobie napisać. W czasie żałoby stałam się certyfikowanym coachem, zrobiłam kurs trenera personalnego, organizowałam warsztaty dla dzieci. To był mega trudny czas pod każdym względem. Finansowym także. Pamietam, że popłakałam się w Urzędzie Miejskim, bo nie miałam 100 zł na opłacenie jakiegoś rachunku. Nadmienię, że ponieważ mój mąż nie miał przepracowanego w kraju odpowiedniego czasu pracy, zatem przyznana renta na naszą trójkę wynosiła niecałe 500 zł. Po czasie także okazało się, że nielegalnie pobierałam świadczenia i swoją część renty musiałam zwrócić. Nie mogłam także sprzedać samochodu męża, bo potrzebowałam na to zgody sądu, gdyż samochód był po jego śmierci własnością także dzieci. Powiem Tobie, że spotkałam się z taką ilością absurdów często krzywdzących mnie, że mogłabym napisać książkę.

Jeśli chcesz, bym pomogła Tobie w przejściu żałoby, ja jestem. Napisz do mnie wiadomość przez instagram.

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply